Feed on
Wpisy
Komentarze

U-Bogość

Nie tak dawno napisałem post na temat doświadczania daru w sytuacjach, kiedy nam czegoś brakuje. Przeglądając strony portalu katolik.pl natknąłem się na bardzo ciekawy artykuł na temat zakonnych ślubów ubóstwa, który natchnął mnie do nowych przemyśleń.

Stawianie się w sytuacji ascetycznej, albo po prostu doświadczenie braku dóbr materialnych bądź duchowych, jest okazją, aby w naszym życiu pojawił się Bóg. Jest tylko okazją, bo do tego trzeba Boga zaprosić i Bogu zaufać. To, czego Bóg zdaje się od człowieka w niedostatku wymagać, jest ową jedyną rzeczą, którą człowiek w pełni dysponuje - wolną wolą.

Kiedy zabiegamy o potrzebne dobra materialne, czy duchowe to zabieramy czas, który moglibyśmy poświęcić Bogu na rzeczy mniejszej wagi. Co gorsza, jeżeli w tym zabieganiu się zatracimy, kiedy pochłonie nas bez reszty, to zabraknie miejsca dla Boga. To właśnie jest zagrożenie, które pojawia się, gdy ktoś nadmiernie dużo czasu poświęca sprawom nie związanych tak bardzo z duchem, a bardziej związanych z ciałem. Jezus napomina w przypowieści (Łk 12, 22-31):

I wy zatem nie pytajcie, co będziecie jedli i co będziecie pili, i nie bądźcie o to niespokojni! O to wszystko bowiem zabiegają narody świata, lecz Ojciec wasz wie, że tego potrzebujecie. Starajcie się raczej o Jego królestwo, a te rzeczy będą wam dodane. (Łk 12, 29-31)

Kolejnym zagrożeniem jest sytuacja człowieka, który osiadł na laurach. On ma już wszystko, ma nawet w nadmiarze, więc Boga nie potrzebuje. Jakże to paradoksalna sytuacja, kiedy człowiek przestaje potrzebować Stwórcy Wszechświata i Dawcy każdej najmniejszej rzeczy i łaski. O takim surowo wypowiada się Jezus w przypowieści (Łk 12, 13-21):

“Głupcze, jeszcze tej nocy zażądają twojej duszy od ciebie; komu więc przypadnie to, coś przygotował?”

Jest to sytuacja, w której chciwość prowadzi do pychy, a ta ostatecznie do porzucenia Boga na rzecz dóbr materialnych, czyli pewnej formy bałwochwalstwa.

Ten, który wybiera ubóstwo, zdobywa wielką chwałę u Boga, o ile czyni to ze względu na Niego. Powodem zaś bardziej szczegółowym jest pragnienie postrzegania siebie samego we właściwej perspektywie do Boga - jako bytu w pełni od Boga zależnego i tak naprawdę pozbawionego wszelkiej własności. Ostatecznie bowiem to nie człowiek, a Bóg tą własnością dysponuje.

Pragnienie ubóstwa jest pragnieniem wyjścia z sytuacji, w której człowiek łatwo popada w iluzję, że posiada. Drugą przyczyną jest przywiązanie do dóbr ziemskich. Znaczenie tego wyrazu można odczytywać bardzo literalnie. Człowiek wiary dostrzega, że przywiązanie do ulubionego misia, samochodu, czy innej rzeczy, przeszkadza w pełnym umiłowaniu Boga - pełnym oddaniu i poświęceniu się Bogu.

Poznawszy istotę chrześcijańskiego podejścia do ubóstwa warto odnieść się do etymologii wyrazu ubóstwo. Łatwo dostrzec, że człowiek ubogi, to człowiek pozostający u Boga, a więc na łasce Boga. U Boga na utrzymaniu… Właściwe przeżycie ubóstwa polega na oddawaniu się Bogu w opiekę i poleganiu tylko na nim, bo przecież nie ma się niczego lub prawie niczego.

Ubóstwo materialne, do którego do tej pory się głównie odnosiłem nie jest jedną formą nie-posiadania. Być może jest również jedną z mniej istotnych dzięki swej popularności.

Otóż wśród ośmiu błogosławieństw, właśnie pierwsze mówi o ubóstwie, ale duchowym!

Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy królestwo niebieskie. (Mt 5,3)

Czym może być ubóstwo duchowe? Wydaje się, że przede wszystkim brakiem życzliwości, przyjaźni, miłości wśród ludzi. A kiedy i wtedy oddamy się Bogu, nie polegając na przyjaźni ludzi, lecz przyjaźni z Bogiem, to Bóg może zechcieć dla wydoskonalenia naszej duszy pozbawić duszę odczuwania łask duchowych, duchowych poruszeń. O takim to stanie pisze św. Jan od Krzyża w swym dziele Droga na górę Karmel. Ciemność tę odczuwała też bardzo silnie bł. Matka Teresa z Kalkuty, o czym pisały niedawno niektóre gazety jak o sensacji, pytając czy bł. Matka Teresa z Kalkuty utraciła wiarę w Boga? bł. Teresa nie czuła obecności Boga, ale Bóg był z nią i przy niej i inni czuli Jego obecność. Można powiedzieć, że Matka Teresa oddała nawet doświadczenie obecności Boga na rzecz służby bliźnim. Wymagało to wielkiej odwagi i było bardzo trudnym doświadczeniem. Niemal nie na ludzkie siły. Niemal - bo wspomagana przez Boga przetrwała nawet takie doświadczenia. Osobiście sądzę, że właśnie one pozwoliły jej zrozumieć najbardziej cierpiących, odrzuconych, hinduskich niedotykalnych.

Dopiero wtedy, kiedy wyzbywszy się przywiązania do dóbr materialnych skierujemy się na duchowe ścieżki, którymi kroczyła bł. Matka Teresa z Kalkuty, będziemy mogli czuć się prawdziwie u Boga - prawdziwie ubogimi posiadaczami królestwa niebieskiego.

A myśmy się spodziewali…

Dzisiejsza Ewangelia (Łk 24,13-35) opowiada o dwóch uczniach Jezusa podążających do Emaus w Niedzielę Zmartwychwstania. Uciekają oni niejako z Jerozolimy, zaś Chrystus - dołączywszy do nich w drodze - wyjaśnia im zaczynając od Mojżesza poprzez wszystkich proroków (Łk 24, 27a), dlaczego musiał ponieść śmierć krzyżową, aby spełnić wolę Ojca. Wyjaśnienia te są konieczne, gdyż Ci dwaj nic nie rozumieją:

O nierozumni, jak nieskore są wasze serca do wierzenia we wszystko, co powiedzieli prorocy! (Łk 24, 25b)

Dlaczego Jezus czyni swoim uczniom tak poważny wyrzut? Oto kluczowe słowa, które wypowiada jeden z nich:

A myśmy się spodziewali, że On właśnie miał wyzwolić Izraela. (Łk 24, 21a)

Jakże ciekawy kontrast - nasze ludzkie nadzieje i słowa proroków.

Czy czasami nie jest tak, że, podobnie jak owi uczniowie, mamy swoje nadzieje, swoją wizję tego, jak powinna wyglądać świat, religia, a nawet Bóg i z takim nastawieniem się modlimy i bierzemy udział w Eucharystii (no chyba, że “wierzymy, a nie praktykujemy” i nie bierzemy udziału)?

Ewangelia pokazuje, że tą postawę przejawiali nawet uczniowie Chrystusa, niemal 20 wieków temu. Jest to postawa, która stawia na pierwszym miejscu pytanie: Co Bóg może mi dać? Zaraz za tym idą następne: Co religia mi daje? Czego się spodziewam w związku z tym, że wierzę? Jest to podejście utylitarne, które współcześnie upowszechnia konsumpcjonizm. Łatwo jest pytać: Co z tego mam? Co zyskam? I nie są to pytania niewłaściwe, o ile nie zaczniemy na nie udzielać odpowiedzi poprzez schlebianie własnym zachciankom - zamiast poszukiwać istoty darów pochodzących od Boga, przesunąć akcent na to, czego my chcemy, co nam odpowiada i w konsekwencji tego się domagać.

Łatwo jest obwiniać Boga i Kościół o niespełnienie pokładanych nadziei. Zazwyczaj przyczyną takiej postawy jest pozorna znajomość Boga, chrześcijaństwa i katolicyzmu. Odpowiedzią Jezusa na zawiedzione nadzieje uczniów było sięgnięcie do Biblii - do słów proroków. Na tym fundamencie buduje się od wieków wiarę Kościoła Świętego. Kościół odpowiada na dwa podstawowe pytania: kim jest Bóg i co to znaczy w Niego wierzyć? poprzez ciągłe sięganie do źródeł biblijnych i Tradycji. W nich to odnajduje znaczenie słów Dobrej Nowiny dla życia współczesnego człowieka, Te dwa podstawowe pytania uszczegóławiane są na różny sposób w zależności od potrzeb współczesności. Niezmienne pozostaje jednak Źródło, z którego czerpie się odpowiedzi. Wiara w Boga zobowiązuje do uznawania odpowiedzi, które daje Kościół, bo po to został ustanowiony przez Jezusa Chrystusa. Odrzucanie tych odpowiedzi i podążanie za własnymi wyobrażeniami, albo chętkami prowadzi (tak jak uczniów idących do Emaus) w prostej linii od Boga, a nie do Boga. Każdy zaś, kto twierdzi, że wierzy w Jezusa Chrystusa, ale odrzuca niektóre przykazania lub dogmaty Kościoła - oszukuje sam siebie.

Kwestionowanie niektórych prawd wiary wynika często z trudności, jaką jest zaufanie Bogu, a tym samym przez Boga natchnionemu Pismu Świętemu, bardziej niż sobie samemu. Jest to tym trudniejsze, im człowiek pewniejszy jest swoich zdolności intelektualnych. Na tym jednak polega istota wiary - ufam Bogu bardziej nawet niż sobie samemu. Co więcej, poznając Boga, widzę jak bardzo jestem niedoskonały i ułomny jako człowiek.

Zaufanie Bogu to ufność w prawdziwość słów spisanych pod Jego natchnieniem - Pismu Świętemu oraz prawdziwości interpretacji Biblii w Kościele Świętym (czyli Tradycji). Wiele osób wyraża jednak podejrzliwość odnośnie prawdziwości i prawidłowości tej interpretacji. Warto więc powiedzieć, że tych, którzy nauczają obowiązuje ścisłe zachowanie nauki Chrystusa i Proroków (Mt 5, 18-19):

Zaprawdę. bowiem powiadam wam: Dopóki niebo i ziemia nie przeminą, ani jedna jota, ani jedna kreska nie zmieni się w Prawie, aż się wszystko spełni. Ktokolwiek więc zniósłby jedno z tych przykazań, choćby najmniejszych, i uczyłby tak ludzi, ten będzie najmniejszy w królestwie niebieskim. A kto je wypełnia i uczy wypełniać, ten będzie wielki w królestwie niebieskim.

Tych zaś, którzy nauczają fałszywie i powodują zgorszenie czeka wielka kara (Mk 9,42).

Co więcej, Jezus zapowiedział, że szatan nie zwycięży Kościoła (Mt 16, 18-19), a jaką łatwiejszą metodę mógłby obrać, jak nie fałszywą naukę, by skłonić ludzi do grzechu?

Jezus jednocześnie przestrzegał tych, którzy mieli nauczać innych, by niczego nie zmieniali w Jego nauce, a z drugiej strony zagroził wielką karą, gdyby jednak to uczynili. Dał nam również nadzieję, że autentyczny depozyt wiary przetrwa w Kościele do końca czasów - do Paruzji.

Pozostaje jednak pytanie, skąd biorą się rozbieżności pomiędzy tym, co my sami odczytujemy w Piśmie Świętym, a nauką Kościoła. Czy nie miałoby to świadczyć na niekorzyść prawdziwości tej nauki?

W celu odpowiedzi na to pytanie warto zaznaczyć, że Biblia nie jest zwykłą książką. Tym samym, nie można jej czytać, ani jak powieści, ani jak poezji, ani jak traktatu historycznego, bo nie jest żadnym z nich. Poszczególne księgi (bądź fragmenty) reprezentują różne rodzaje literackie i znaczenie jakie można wysnuwać z danego fragmentu od jego rodzaju literackiego zależy (tak np. nie można legendarnego opisu stworzenia w księdze rodzaju czytać dosłownie). Podobnie, czytając Biblię w języku polskim należy sobie zdać sprawę, że jest to przekład tekstu, który oryginalnie napisany był w języku aramejskim, hebrajskim bądź greckim. Do tego napisany był przynajmniej dziewiętnaście wieków temu i odnosił się do kultury i miejsc, które nam, współczesnym, jest prawie zupełnie obce. Nic więc dziwnego, że tłumaczenie może nie oddawać w sposób pełny sensu oryginału, a może nawet prowokować nieuprawnione interpretacje. Ponadto, nawet wiernie przetłumaczone słowa mogą nabrać zupełnie innego sensu, gdy poznamy kontekst kulturowy, historyczny bądź geograficzny, w którym zostały wypowiedziane, bądź zapisane. Ustalenie prawidłowego znaczenia danego fragmentu wymaga niejednokrotnie głębokiej wiedzy i wielu lat studiów. W Kościele wielu ludzi poświęca całe życie, aby owe sensy wydobyć i przekazać innym. Kiedy kwestionujemy nauczanie Kościoła, to nieodpowiedzialnie i lekceważąco odnosimy się do efektów pracy specjalistów, którymi sami z pewnością nie jesteśmy. Ufam, że ich pracę wspomaga Duch Święty, który czuwa nad nieomylnością Kościoła.

Kwestię tę rozważa George Martin w swojej książce Czytanie Pisma Świętego , który wyjaśnia kwestię prawdziwości Biblii w Kościele oraz zależności pomiędzy wiarą, a Kościołem w rozdziale Kościół jest tym, który słucha. Warto przeczytać.

Wielość możliwości, jakie oferuje współcześnie świat powoduje, że czujemy się coraz bardziej zagubieni - mamy coraz więcej trudności z podejmowaniem decyzji. Pożyteczna książka - The Paradox of Choice: Why More is Less, która wychodzi na przeciw temu problemowi niedawno ukazała się w Stanach Zjednoczonych. Jej autor wygłosił ogólnodostępny wykład (w jęz. ang. ) przedstawiający najistotniejsze punkty książki.

Trudności w podejmowaniu decyzji w codziennym życiu przekładają się na tym większe może trudności odnośnie oceny decyzji na gruncie moralności. Od wieków dostrzegano zarówno wagę tych ocen, jak i trudności, które ze sobą niosła moralność. Dla człowieka, który żyje wiarą, każda decyzja jest w istocie decyzją, która odnosi się do Boga i Jego woli wobec nas. Wielką pomocą są przykazania, lecz często trudno jest odnieść stojącą przed nami decyzję do któregoś z przykazań. Kwestie te szczególnie dogłębnie rozważał św. Ignacy Loyola, który drogę do poznania Woli Boga w życiu człowieka ujął w formie 30-dniowych rekolekcji znanych pod nazwą Ćwiczeń duchownych. Rekolekcje te przeznaczone są dla osób ugruntowanych w wierze, którzy poszukują pełniejszej realizacji Woli Bożej, zwłaszcza wobec ważnych wyborów życiowych (jak wybór pomiędzy stanem duchownym, małżeństwem, a bezżennością).

Nieodzownym elementem ćwiczeń są Reguły o rozeznawaniu duchów (kwestie 313-327) oraz bardziej szczegółowe: Reguły dla większego rozeznawania duchów (kwestie 328-336). Reguły te wpisują się w ideę duchowości ignacjańskiej, która zakłada poznanie Woli Bożej poprzez obserwacje poruszeń duchowych. Te zaś mogą być spowodowane zarówno przez Ducha Świętego, jak i przez złego ducha. Celem określenia skąd pochodzą św. Ignacy sformułował zestaw reguł, który miał za zadanie wspomóc rekolektantów w podejmowaniu ważnych, życiowych decyzji. Każdemu jednak, kto je przyswoi pomoże odnaleźć Wolę Boga w codziennym życiu i podsunie sposób postępowania, który najbardziej przysłuży się chwale Boga.

Ad maiorem Dei gloriam!

Gest Znaku Krzyża

Ostatnio miałem okazję przeczytać bardzo interesujący artykuł autorstwa Jorge Moll i Ricardo de Oliveira-Souza When Morality Is Hard to Like (Kiedy moralność trudno polubić). Jedną z konkluzji artykułu jest wskazanie w mózgu człowieka obszaru zwanego w skrócie VMPFC (polecam skrótową informację na ten temat), który odpowiada między innymi za podejmowanie trudnych decyzji moralnych. Jaki związek ma to odkrycie ze Znakiem Krzyża? Frapujące… Otóż obszar ten mieści się nie gdzie indziej, a mniej więcej pomiędzy płatami czołowymi, odrobinę ponad oczami, czyli… niemal dokładnie tam, gdzie wskazuje pierwszy gest Znaku Krzyża.

Ten popularnonaukowy artykuł był przyczynkiem do refleksji nad znaczeniem tego znaku.

Gesty Znaku Krzyża wykonujemy prawa ręką. Strona prawa, w kulturze judeo-chrześcijańskiej ma silne konotacje pozytywne. Stąd przymiotnik prawy oraz cecha: prawość.

Z semiotycznego punktu widzenia Znak Krzyża należy jednocześnie do kategorii znaków ikonicznych i arbitralnych. Znaczenie ikoniczne odnosi się do kształtu krzyża, zaś znaczenie arbitralne odnosi się do wydarzeń (i ich interpretacji w chrześcijaństwie) związanych z Krzyżem, na którym ukrzyżowano Jezusa Chrystusa.

Semiotyka prowadzi nas na grunt religii, Znak Krzyża jest chyba najważniejszym z symboli chrześcijańskich. A ponieważ chrześcijaństwo czerpie przede wszystkim z Pisma Świętego, więc warto do niego sięgnąć. Okazuje się, że słowa wypowiadane podczas czynienia tego Znaku pojawiają się razem tylko w jednym miejscu (Mt 28, 19):

Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody, udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego.

Jest to przedostatni werset ewangelii wg św. Mateusza, umiejscowiony w kontekście ukazania się Jezusa uczniom. Ma ono miejsce na górze Tabor (podobnie jak przemienienie Jezusa - Łk 9, 28-36, Mt 17, 1-8 i Mk 9, 2-8). Tak, jak Przemienienie było zapowiedzią Zmartwychwstania, podobnie powtórne ukazanie się Jezusa Przemienionego ma na celu potwierdzenie tego wydarzenia i umocnienie w wierze wątpiących (Mt 28, 17). Umocnienie wiary miało się odbywać poprzez nauczanie i udzielanie chrztu w Imię Trójcy Przenajświętszej. Chrzest, poprzez który następuje obmycie z grzechów i włączenie do Kościoła jest zarazem umocnieniem w wierze. U-mocnienie, a więc “dodanie mocy” wiary człowiekowi. Jak wielka to moc mówi werset wcześniejszy ewangelii mateuszowej (Mt 28, 18b):

(…) Dana Mi jest wszelka władza w niebie i na ziemi. - mówi Jezus.

Tak więc moc, którą ochrzczeni są umocnieni jest mocą najsilniejszą z silnych - mocą samego Jezusa Chrystusa i do tej mocy Znak Krzyża się odwołuje.

Dalsze słowa Jezusa wskazują na kolejność wydarzeń (Mt 28, 20):

(…) Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem. A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata».

Przed chrztem ma miejsce nauczanie narodów, lecz najwyraźniej niepełne, skoro zaraz po wspomnieniu chrztu następuje napomnienie o konieczności nauczania wszystkiego, co Jezus przykazał uczniom. Następnie, co znamienne, mowa jest o obecności Jezusa z wami - z Jego uczniami. Przez wszystkie dni. Do skończenia świata. Bóg z nami - Emmanuel (Mt 1, 23b,c - Narodzenie Jezusa; księga Izajasza).

Choć tropem biblijnym podążać można długo, to symbolika Znaku Krzyża wydaje się jednoznaczna: jest znakiem Chrztu Świętego, związanym z obmyciem człowieka z grzechów mocą Ducha Świętego (Mt 3, 11), odwołaniem do Trójcy Przenajświętszej, do chwały i mocy Boga, boskości Jezusa (sacrum), do nieustannej obecności Jezusa pośród nas.

Odchodząc od dosłownych odniesień biblijnych można powiedzieć, że Znak Krzyża jest po pierwsze znakiem przynależności do Kościoła, do Jezusa, znakiem wiary, oddaniem chwały Bogu, uznaniem Jego mocy i obecności wśród ludzi, a więc przy mnie. Do tego prowadzi analiza słów wypowiadanych podczas czynienia Znaku Krzyża. A co z gestem?

Gest wykonywany przy czynieniu Znaku Krzyża zapoczątkował ten post. Zaczyna się wskazaniem części mózgu człowieka odpowiadającego za moralność (patrz wyżej) i wypowiedzeniem słów W Imię Ojca. W tej części człowieka rodzi się moralność (sumienie). Jest to (zgodnie z nauką judeo-chrześcijańską) “zmysł”, który rozsądza czyny i nakazuje postępowanie zgodne z wolą Bożą.

Słowa W Imię Ojca mogą współcześnie stanowić trudność. Dzisiaj już się powszechnie nie pyta “W czyje imię to czynisz?”, ani nie mówi “W imię X-a zrób to albo tamto.” Co najwyżej w imię wyższych racji można skłonić kogoś do spełnienia nieprzyjemnego, choć pożytecznego czynu. Słowa te mają na celu odwołanie się do Kogoś ważniejszego, wyższego ode mnie, a z drugiej strony do źródła czynu - jeżeli sumienie mówi nam, że dany czyn jest dobry, a Bóg pragnie dobrych uczynków, to logiczną konsekwencją jest nakaz działania. Skoro zaś poprzez sumienie przemawia do człowieka Bóg, to on jest ostatecznym źródłem dobrego czynu. Człowiek w swojej wolnej woli zgadza się z głosem sumienia lub się mu sprzeciwia. Poprzez uczynienie Znaku Krzyża człowiek przede wszystkim potwierdza wolę współdziałania z Bogiem - pełnienia Jego woli poprzez posłuszeństwo głosowi sumienia. Gestem wskazuje najpierw, gdzie należy szukać początku wszelkiego działania - w sumieniu, poprzez które przemawia sam Bóg-Ojciec; prawodawca Izraela, który przekazał Mojżeszowi Dekalog. W sumieniu powinno dokonać się rozsądzenie, czy przyczyna ludzkiego “chcenia” prowadzi do dobra (pochodzi od Boga), czy do zła.

Słowom i Syna towarzyszy gest skierowany w okolice serca. Wskazuje pochodzenie Syna Bożego - od Ojca, wskazuje też na środek ciała człowieka, a więc odnosi się do człowieczeństwa Jezusa (Syna Człowieczego), wreszcie odnosi się do źródła tego niepojętego daru Boga w postaci Jego Syna - Miłości. Jezus jest też dawcą nowego przykazania (J 13, 34), które nazywane jest inaczej Przykazaniem Miłości:

Przykazanie nowe daję wam, abyście się wzajemnie miłowali tak, jak Ja was umiłowałem; żebyście i wy tak się miłowali wzajemnie.

Gestem więc wskazujemy, że ze nakaz sumienia to nie wszystko, konieczne jest posłuszeństwo nakazowi Miłości, posłuszeństwo nauce Jezusa.

Ponadto warto pamiętać, że w przeciwieństwie do symboliki serca obecnej we współczesnej kulturze zachodniej, Żydzi utożsamiali z sercem nie tylko uczucie miłości, ale także rozum, który rozeznawał uczucie. Nakaz wynikający z przykazania miłości nie dotyczy więc samego uczucia (łac. amor), ale bardziej refleksyjnej jego formy (łac. caritas).

Kolejne słowa - i Ducha Świętego, odnoszące się do Trzeciej Osoby Boskiej, wypowiadane są podczas poziomego ruchu pomiędzy ramionami. Gest ten przywołuje symbolikę Krzyża Świętego, jako miejsca odkupienia ludzkich win i Zmartwychwstania. Przywodzi na myśl belkę Krzyża, do której przybite były ręce Jezusa. Ręce, symbol działania, były unieruchomione poprzez gwoździe (grzechy ludzi). Jezus na Krzyżu, gdy niespodziewanie zapada zmrok woła słowami psalmu 22 (Mt 27, 36): Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił? Gest odnosi się do najtrudniejszych chwil w życiu człowieka, zaś słowami przyzywamy Ducha Świętego - dawcy życia (Rdz 2, 7 i 2Kor 3, 6g) i cennych darów (1Kor 12), a w szczególności pokoju (również sumienia). Jest to przepełniona wiarą prośba do Ducha Świętego, który umacnia człowieka w działaniu, podczas wcielania w życie nakazów sumienia i miłości nawet wobec ogromnych trudności. To Duch Święty może zaprowadzić człowieka do świętości (2Kor 3, 18bcd) poprzez wzbudzenie w nim heroicznych cnót, które objawiają się w obliczu największych przeciwności. Te zaś pojawiają się chociażby ze względu na samego Jezusa (i symbol Zmartwychwstania - Znak Krzyża), któremu sprzeciwiać się będą (Proroctwo Symeona: Łk 2, 34).

Gest czyniony podczas wypowiadania słów i Ducha Świętego przywodzi na myśl słodkie jarzmo, o którego wzięcie na ramiona prosi Chrystus (Mt 11, 28-30):

Przyjdźcie do Mnie wszyscy, którzy utrudzeni i obciążeni jesteście, a Ja was pokrzepię. Weźcie moje jarzmo na siebie i uczcie się ode Mnie, bo jestem cichy i pokorny sercem, a znajdziecie ukojenie dla dusz waszych. Albowiem jarzmo moje jest słodkie, a moje brzemię lekkie».

Ukojenie dusz (pokój serca) wyjaśnione jest z kolei u Jana (J 14, 27):

Pokój zostawiam wam, pokój mój daję wam. Nie tak jak daje świat, Ja wam daję. Niech się nie trwoży serce wasze ani się lęka!

Pokój, który usuwa lęk i trwogę. A skoro nie ma lęku, który paraliżuje działanie, to zdecydowanie łatwiej jest o dobre owoce. Ponadto dary Ducha Świętego (por. 1Kor 12, 1-11), a zwłaszcza pokój serca, mają przypominać Nowe Przymierze pomiędzy Bogiem a ludźmi (2Kor 3, 6), które niesie ze sobą obietnicę zbawienia (Rz 8, 11) - cel działań człowieka na ziem. Dary te są zarzewiem Nieba w sercach ludzkich.

Ostatnie słowo, które wypowiadamy podczas czynienia Znaku Krzyża - Amen - ma bardzo ciekawe znaczenie: potwierdzające modlitwę, albo w kontekście militarnym - potwierdzenie przyjęcia rozkazu do wykonania. Tradycja chrześcijańska wielokrotnie odnosiła się do symboliki walki dobra ze złem - walki duchowej (Ef 6, 10-18). W tym kontekście amen potwierdza gotowość do tej walki. Jako potwierdzenie modlitwy amen jest wyrazem przyjęcia woli Bożej - Bądź wola Twoja jako w niebie, tak i na ziemi.

Warto również poczytać medytacje o krzyżu w życiu kapłana (i nie tylko) oraz sięgnąć do dzieł św. Jana od Krzyża, a zwłaszcza Nocy ciemnej i Drogi na górę Karmel.

Doświadczenie daru

Droga duszyczko! Kiedy ostatni raz poczułaś, że dostałaś coś od kogoś za nic; tak zupełnie bezinteresownie? Nie pamiętasz? Szkoda…

i….współczuję! Żyjesz pod kloszem, w ułudzie bezpieczeństwa, zabezpieczenia podstawowych potrzeb, a może nawet tych wcale nie tak podstawowych. To poczucie pewności, co do zaspokojenia… uczucia głodu (czy aby pamiętasz, kiedy ostatni raz byłaś naprawdę głodna?), schronienia (kiedy Ci było tak zimno, że aż bolało, a nie było się gdzie schronić?), snu (kiedy nie było Ci wolno zasnąć?). Czy doświadczyłaś braku, dojmującego braku, kruchości tych wszystkich zdobyczy cywilizacji?

O to doświadczenie braku chodzi, o nagość i bezbronność, zaprzeczenie sytości, nienasycenie. A z drugiej strony chodzi też o zależność. Kiedy nie możesz sobie tych podstawowych potrzeb zaspokoić. Kiedy musisz polegać na innych, jesteś zdana na łaskę drugiego człowieka. Czy wiesz w ogóle o czym piszę? Podejrzewam, że nawet jeżeli rozumiesz, to w ogarnianej pamięcią przeszłości nie doświadczyłaś niczego takiego. W praktyce, nawet jeżeli myślisz o sobie inaczej, to zapewne żyjesz w przeświadczeniu, że Ci się należy. Tak się zachowujesz. Pewien standard, minimum jakości życia, to coś co po prostu jest, nikt tego nie odbierze. Nawet gdyby chciał, to nie wolno mu! Jakim prawem?!

Kiedy to przeświadczenie należy-mi-się czy też po-prostu-jest upada, to często wpadamy w czarnowidztwo i “depresje”. No jakże tak? Za co mnie tak pokarało? Pomyśl inaczej - że to łaska. Jest łaską od Boga, gdy syty - doświadcza głodu, ten co ma - braku. Co z nią zrobisz? Będziesz narzekać? A może zamiast oskarżać i się żalić, warto poszukać skąd bierze się to, czego nam tak dotkliwie brakuje?

Człowiek wierzący, chrześcijanin, ostateczne źródło wszystkiego, co potrzebne i dobre znajdzie w Bogu. Do takiego wniosku dojść łatwo; dowód prosty. Ale czy byłabyś w stanie wyprowadzić go z własnego doświadczenia? Czy doświadczyłaś uczucia obdarowania za nic, z czystej miłości? Czy chcesz go doświadczyć?

Jeżeli chcesz… jeżeli chcesz naprawdę… to może Bóg da Ci to doświadczenie. I co ciekawe… wtedy, kiedy już nic od Ciebie nie zależy, kiedy jest się zdanym tylko na Boga i Jego łaskę, może jeszcze na dobrych ludzi przez Boga posłanych… wtedy właśnie, o ile się z tym pogodzisz i zaufasz, możesz doświadczyć wolności, wolności od przywiązania do przedmiotów, które Cię na co dzień otaczają. Wolności od rytuałów zabiegania o dostatek. Gdy przestanie się polegać na przedmiotach, a zaufa się Bogu, że da wszystko, co niezbędne; wtedy tylko jest się naprawdę wolnym.

Jeżeli nie chcesz… zapomnieć czym jest ta wolność, postaw się czasami w sytuacji, w której bardziej ufasz Bogu niż swojej przezorności. Przezorności i zapobiegliwości na pewno kiedyś zabraknie, a do tego czasu może zbudujesz w sobie zaufanie do Boga, które będzie oparciem w trudnej chwili? W ostatecznym rozrachunku i tak od Boga jesteśmy zależni, a od rzeczy uzależnieni być nie musimy. Niech więc każdy dzień będzie miał w sobie coś z niedostatku…

Tak, jak napisano w drugim czytaniu z ostatniej niedzieli przed początkiem Wielkiego Postu (3 lutego 2008):
i to, co nie jest, wyróżnił Bóg, by to co jest, unicestwić, tak by się żadne stworzenie nie chełpiło wobec Boga. (1 Kor, 1, 28-29)

Dziesięć

A w zasadzie trzy plus siedem. Matematycy i kabaliści odnajdą wiele sensów w takim rozbiciu dziesiątki. Chrześcijanie i pobożni Żydzi znają jednak inne.

Bardzo ciekawy artykuł, który jak ulał pasuje do czytań na dzisiejszą drugą niedzielę Adwentu opublikował Mateusz.pl.

 Myślenie o przykazaniach, jako o wyzwoleniu, czy źródle wolności jest raczej obce współczesnym chrześcijanom, a w szczególności katolikom. A tymczasem to niesamowite, jak różne interpretacje - fragmenty układanki - stanowią jedną całość, kiedy tylko zagłębimy się w sens tak podstawowego tekstu starotestamentowego jakim jest perykopa o darowaniu dziesięciu przykazań Mojżeszowi. Bóg obdarował uciemiężonych ludzi, niewolników - wolnością i uczynił z nich Naród Wybrany. Wszystko to poprzez przykazania.

 Naród wybrany musiał 40 lat zmagać się z pustynią - z nicością dążeń prowadzących od Boga. Podobnie Jan wołający o prostowanie ścieżek na pustyni, powtarzając proroka Izajasza, ma na myśli prostowanie krzywych dróg ludzkiego życia. Prostowanie sumienia, przyjęcie przykazań, by przygotować się na przyjęcie Boga samego. Sformułowanie to nie jest do końca prawidłowe - człowiek w istocie nie przygotowuje się - jest przygotowywany przez Boga. Sam zaś jedynie wyraża na to zgodę. Jedyne, co człowiek musi uczynić jest uznanie prawdy o Bogu, a w konsekwencji prawdy o człowieku - o sobie. Wtedy Bóg swą łaską poprowadzi człowieka do siebie. Człowiek sam z siebie tego uczynić nie może. Nie należy jednak mylnie rozumieć tego stwierdzenia - postawa bierności, czy apatii, to w gruncie rzeczy postawa braku wiary. Św. Ignacy Loyola, założyciel jezuitów, którzy w roku 2006 obchodzili jego 450. rocznicę śmierci, mawiał:

Módl się tak, jakby wszystko zależało od Boga, a pracuj tak, jakby wszystko zależało od Ciebie.

Również w sferze duchowej. A chyba za mało poświęcamy uwagi i pracy choćby zrozumieniu przykazań, nie mówiąc o ich wypełnianiu…

W niedzielę 2. grudnia 2007 roku będzie czytana następująca Ewangelia św. Mateusza, rozdział 24, wersy 37 do 44:

Jezus powiedział do swoich uczniów: Jak było za dni Noego, tak będzie z przyjściem Syna Człowieczego. Albowiem jak w czasie przed potopem jedli i pili, żenili się i za mąż wydawali aż do dnia, kiedy Noe wszedł do arki, i nie spostrzegli się, aż przyszedł potop i pochłonął wszystkich, tak również będzie z przyjściem Syna Człowieczego. Wtedy dwóch będzie w polu: jeden będzie wzięty, drugi zostawiony. Dwie będą mleć na żarnach: jedna będzie wzięta, druga zostawiona. Czuwajcie więc, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie. A to rozumiejcie: Gdyby gospodarz wiedział, o której porze nocy złodziej ma przyjść, na pewno by czuwał i nie pozwoliłby włamać się do swego domu. Dlatego i wy bądźcie gotowi, bo w chwili, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie.

Autor zwraca się w w swojej Ewangelii głównie do Żydów, w związku z tym odnosi się bardzo często do Starego Testamentu. Tym razem tematem jest koniec świata (Paruzja). Jezus odnosi to wydarzenie do księgi Rodzaju (Rdz 6-9), kiedy mówi o tym, jak było za dni Noego (Mt 24, 37a).

Jak więc będzie wyglądał koniec  świata? Z punktu widzenia ludzkiego obserwatora: nad wyraz prozaicznie: będą jedli i pili, żenili się i za mąż wydawali (Mt 24, 3 8) podobnie zresztą, jak to czynili przed Potopem. Ludzi będą zajmowały prozaiczne czynności wynikające z ludzkiej, fizycznej natury, po części kierowanej bardzo podstawowymi popędami. Ponieważ uwaga ludzka skoncentrowana będzie na tak podstawowych sprawach, nie spostrzegą się, kiedy nadejdzie Syn Człowieczy. Bardzo podobnie, jak ludzie otaczający Noego, nie spotrzegli się, aż przyszedł potop i pochłonął wszystkich (Mt 34, 39). Jest jednak pewna różnica. Otóż Jezus nie czyni w opisie rozróżnienia pomiędzy dobrymi i złymi (tymi, których weźmie i tymi, których pozostawi), gdyż wykonują oni te same prace:

Wtedy dwóch będzie w polu: jeden będzie wzięty, drugi zostawiony. Dwie będą mleć na żarnach: jedna będzie wzięta, druga zostawiona. (Mt 34,4-41)

Prace, które wykonujemy na co dzień nie przesądzają o naszym zbawieniu. W końcu i źli ludzie też je wykonują. Ludzie nie będą wiedzieli, kiedy nastąpi koniec świata, więc zastanie on ich przy codziennych czynnościach. Istotne jest przygotowanie, lecz nie mające charakteru fizycznego; raczej predyspozycja duchowa. W Starym Testamencie przygotowanie przybierało wyraz fizyczny: Noemu Bóg nakazał się przygotować poprzez budowę arki mającej dać schronienie przed potopem, a co więcej wskazał dokładnie, kiedy Potop nastąpi: za siedem dni (Rdz 7,4). Jezus akcentuje oczekiwanie nakłaniając: Czuwajcie więc, bo nie wiecie, w którym dniu Pan wasz przyjdzie. (Mt 34,42) Nie znamy czasu powtórnego przyjścia, gdyż, jak wyjaśnia przed początkiem tej perykopy: o dniu owym i godzinie nikt nie wie, nawet aniołowie niebiescy, tylko sam Ojciec. (Mt 34, 36) Czy ta niewiadoma, nieznany dzień i godzina, nie napawają lękiem? Co więcej, o godzinie, której się nie domyślacie, Syn Człowieczy przyjdzie. (Mt 34, 44) Ludzkie wysiłki dążące do ustalenia daty końca świata skazane są na porażkę. Najbardziej domyślni się nie domyślą…

Gdyby gospodarz wiedział, o jakiej porze nocy nadejdzie złodziej, na pewno by czuwał i nie pozwoliłby włamać się do swego domu. (Mt 34, 43)

Nie można się wobec tego na ten dzień przygotować, dlaczego więc ludzi zastanych przy tych samych czynnościach spotka różny los? Dla postronnego obserwatora ludzie Ci nie będą się niczym różnili. Tak jak będą jeść i pić, żenić się i za mąż wychodzić, tak samo będą dwaj na polu i dwie przy żarnach. Zewnętrznie nie różni ich nic. Jednak jedni zasłużą na szczęście wieczne, a innych Bóg pozostawi.  Warto odwołać się do księgi Rodzaju, gdzie zaraz na początku historii o Noem napisano:

Noe, człowiek prawy, wyróżniał się nieskazitelnością wśród współczesnych sobie ludzi; w przyjaźni z Bogiem żył Noe. (Rdz 6, 9)

Jest to skontrastowane z występkami ludzi, z powodu których Bóg żałuje, że stworzył człowieka (Rdz 6, 5-7) Historia Noego zaczyna się od przyjaźni z Bogiem. Noe słucha, co Bóg mu nakazuje i dzieki temu wraz z rodziną i zwierzętami zostaje ocalony. Co przede wszystkim wyróżnia Noego od innych ludzi jest niewidoczne dla oczu. Jest to posłuszeństwo Bogu. Posłuszeństwo wiodące do ocalenia. Przed potopem ludzie żyli “normalnie”, a tylko Noe był ponadto posłuszny Bogu. Tak też będzie przy końcu świata. Posłuszeństwo Bogu, a więc jego przykazaniom oraz przyjaźń z Bogiem (czyli stan łaski) decydują o zbawieniu. A ponieważ nie znamy ani dnia, ani godziny, ani nawet się ich nie domyślimy, to powinniśmy czuwać, a więc być stale gotowym na przyjście Syna Człowieczego. Wtedy dobrzy dostąpią wzięcia do nieba, zaś źli będą pozostawieni. Znamienne, że nie ma tutaj mowy o wrzuceniu w ogień piekielny, jak w innych perykopach dotyczących czasów ostatecznych. Samo pozostawienie złych ludzi przez Boga; pozostawienie ich w ich złych uczynkach; jest równoznaczne z piekłem. Piekło to pozostawienie przez Boga.

Św. Teresa od Jezusa w Twierdzy Duchowej wychwala niesłychaną piękność duszy człowieka w stanie łaski uświęcającej. I jakkolwiek stan ten nie jest widoczny na zewnątrz, to sam fakt, że poprzez przyjaźń z Bogiem, Komunię św., człowiek staje się świątynią Boga (1 Kor 3,16). Wśród wykonujących te same ludzkie czynności (nawet jeżeli zaspokajają one proste, podstawowe potrzeby człowieka) stan łaski wyróżnia ludzi zbawionych. Pokazuje to, że “praca nie hańbi”. Sama w sobie może prowadzić do różnych skutków. Przepełniona dobrym duchem, jak pisał sługa boży ks. kard. Stefan Wyszyński w dziele Duch pracy ludzkiej, prowadzi do uświęcenia człowieka, może być modlitwą. Przepełniona zaś złym duchem wiedzie ludzi na potępienie, a co najmniej nie przyczynia się do zbawienia.

Tak więc, jak poucza drugie czytanie z nadchodzącej niedzieli (Rz 13, 11-14):

Rozumiejcie chwilę obecną: teraz nadeszła dla was godzina powstania ze snu. Teraz bowiem zbawienie jest bliżej nas, niż wtedy, gdyśmy uwierzyli. Noc się posunęła, a przybliżył się dzień. Odrzućmy więc uczynki ciemności, a przyobleczmy się w zbroję światła. żyjmy przyzwoicie jak w jasny dzień: nie w hulankach i pijatykach, nie w rozpuście i wyuzdaniu, nie w kłótni i zazdrości. Ale przyobleczcie się w Pana Jezusa Chrystusa i nie troszczcie się zbytnio o ciało, dogadzając żądzom.

Na podstawie lectio i meditatio podczas spotkania biblijnego przy parafii św. Małgorzaty Szkockiej w Seattle prowadzonego metodą lectio divina. Dnia 28 listopada 2007 r.

Przeprowadzka

Przeprowadzka to dobry moment na zrobienie porządków. Można sobie nie tylko rzeczy poukładać, ale także przemeblować życie, zwyczaje, przemyśleć miejsce czynności, rzeczy i ludzi w swoim życiu. W końcu zaczyna się od nowa. Podejmuje się decyzje - czy szczoteczka z lewej, czy z prawej? Przemyśleć można nawyki, podjąć decyzje co z nimi zrobić. Czy chcę z nimi walczyć czy je kultywować? Czy warto?

Przeprowadzka to czas pytań. Pytań o rzeczy podstawowe, o ułożenie rzeczy, o kolory, o to jak będzie wyglądać moje życie. Jest dużo czasu na myślenie. Owocne…

Nie jestem świniak!

Dlaczego delikatne i piękne kobiety mają wszystkich facetów za brudne zwierzęta z kręconym ogonkiem? Tym bardziej, że owi mężczyźni myją się i golą, a do tego ze wszech miar unikają błota. Nie trzeba dodawać, że nie posiadają również kręconego ogonka. Zamiast ryja mają pociągłą twarz i zwinne, długie palce, które, jak na złość złośnicom, kopyt nie przypominają.

Czy może…  owe piękne i delikatne kobiety pragną widzieć w mężczyznach zwierzęta, które, przez kontrast cech, zdają się być tak pociągające?

Pomysł na dobre życie

Mawiają, że podróże kształcą. I tak jest w istocie. Mnie najbardziej fascynują wycieczki do umysłów innych ludzi. Jedyną drogą, która tam prowadzi jest rozmowa. Jeżeli ta rozmowa jest dyskusją, to droga staje się autostradą. Najbardziej ciekawe miejsca, do których dyskusja może mnie zaprowadzić zlokalizowane są w okolicy Pomysł na życie. Dzielnica Postawa Wobec Życia zdaje się najbardziej pasjonująca.

Ostatnio wędrowałem po uliczkach pewnego umysłu, który zaskoczył mnie konstrukcją mojej ulubionej dzielnicy. Nie tylko budowa poszczególnych twierdzeń była odmienna. Główna idea, na których są oparte zupełnie mnie zaskoczyła - niby taka podobna i często spotykana, ale wspierająca odmienne paradygmaty. Łudząco podobne było założenie, że należy kierować się w życiu tym, co podpowiada sumienie, rozum i serce.

Wiele ludzi wspiera okolicę rozumu myślami innych ludzi, czy to pochodzącymi z rozmów, czy też książek. Myślami uznanymi za ważne; ze względu na tę ważność poszukiwanymi. Nie w tym przypadku. Tutaj rządziło twierdzenie: przemyślenia innych, ich historie, decyzje, które podejmowali w życiu i konsekwencje tych decyzji do niczego nie są potrzebne. W sukurs szło drugie twierdzenie: będę podejmować decyzje na podstawie tylko własnych przemyśleń, inaczej, po swojemu. Niby popularna teza. Taka modna. Kwestionować wszystko i z góry. Trzymać się wyłącznie własnej wytwórczości w dziedzinie moralnej.

Skąd jednak pewność, co nazwać dobrem, a co złem? Co, jeżeli ani rozum, ani serce, ani sumienie nie rozstrzygają na korzyść którejkolwiek ze stron? Czym jest dobro i zło? Okazuje się, że osoba, która natchnęła mnie do tych przemyśleń zgadza się z chrześcijańskim pojęciem dobra i zła. Pytanie o ich istotę jej nie dręczy. Jest pewna, że podejmie najlepszą decyzję wtedy, kiedy trzeba będzie ją podjąć. Jeżeli błędną, to będzie uczyć się na własnych błędach. Co więcej, nie widzi powodu, żeby zastanawiać się, co należałoby zrobić, gdy… ponieważ (jak mniema) nie ma możliwości przygotowania się do podjęcia decyzji. Cóż za fatalizm!

Pogląd idzie nawet dalej: nie tylko nie można przygotować się do podjęcia decyzji, do tej sytuacji życiowej, która będzie się zadecydowania domagać, ale także: by być oryginalnym, człowiek musi sam poszukiwać pomysłów na to, co przedsięwziąć, co zrobić. Nawet czytanie książek z dziedziny moralności lub historii, a nie daj Boże, kierowanie się ich treścią, z góry skazuje takiego człowieka na nieoryginalność, w konsekwencji: czynienie zła. To tyle z poglądów pewnego umysłu.

Zastawiam się więc…

  1. Czy trzeba postępować inaczej niż inni, by być dobrym?
  2. Czy postępowanie według zasad moralnych ustalonych przez innych, nawet jeżeli się z nimi zgadzamy, jest złe?
  3. Czy każda sytuacja w życiu danej osoby jest na tyle różna od sytuacji innych ludzi, że decyzje moralne, które podjęli, a także przyczyny tych decyzji są dla owej osoby zupełnie bezużyteczne?
  4. Czy można uczyć się na cudzych błędach?
  5. A może znajomość decyzji innych i ich przyczyn zagraża podjęciu autonomicznej i dobrej decyzji?
  6. Czy znajomość doświadczeń innych i ich wartościowania moralnego na podstawie zasad, które i ja uznaję, czyni mnie niezdolnym do podjęcia decyzji najlepszej albo chociaż dobrej?
  7. Czy wykorzystanie pomysłów na życie innych ludzi, czyni człowieka życiowym plagiatorem?

Older Posts »